strona 3389

 

 

            Patrzyłem niezmiennie czując to całkiem niepotrzebne teraz podniecenie. Czując to dziwne i zaskakująco kumulujące się za sprawą wyjątkowo wielu tym razem bodźców w mocno naprężonym członku, wyjątkowo sztywnym i sterczącym w odbierający mi resztki pewności siebie sposób. Patrzyłem w milczeniu jak Wiosna już wyprostowana zarzuca łańcuszki na szyję. Zarzuca jeden, potem drugi. Patrzyłem jak wyciąga spod tamtych, już zarzuconych na szyję dwóch łańcuszków swoje jasne włosy trzymając ten trzeci, najkrótszy wciąż w dłoni. Patrzyłem cały czas widząc jej rozpiętą, tym razem rozchyloną zdecydowanie szerzej spódniczkę.
– Zapomniałam. – głos Joanny zabrzmiał miłym, ciepłym tembrem.
            Jej głos nie zdziwił mnie, nie zastanowiło mnie to nawet. Wcale nie zwróciłem na to uwagi przejęty tym zatrważającym mnie, odbierającym mi już chyba nawet możliwość właściwego rozumienia tego, co się wokół mnie działo, wypychającym w trudny do niezauważenia sposób moje spodnie, tak prowokująco pobudzonym członkiem.
            Nie dotarło do mnie, cały czas nie docierało jeszcze to, że dziewczyna mówiła teraz niezbyt głośno, mówiła sprawiając wrażenie, że zapomniała już o swojej złości, mówiła tak jakby tych kilka wyrzuconych z furią zdań nigdy nie powiedziała, jakby zapomniała to, co z taką złością powiedziała przed chwilą do mnie. Odwracając się w moją stronę uśmiechnęła się.
– Ta cholerna głowa… no nie patrz już tak na mnie. – powiedziała znudzonym głosem – Przepraszam… ale znów mnie boli, i to tak, że nie mogę się opanować, że nie mogę się skupić nad tym co robię.
– Weź tabletkę …może. – powiedziałem wciąż pozbawionym pewności głosem.
– Brałam już. – pokręciła z dezaprobatą głową – Wzięłam dwie przed kąpielą. Już wtedy czułam, że zaczyna się coś dziać i wzięłam.
   …zaczyna się coś dziać?… – zaniepokoiłem się – …żeby tylko nie skończyło się tak, jak w Kołobrzegu…
– To może jeszcze weź? – nieśmiało zaproponowałem.
– Nie mogę więcej… – Aśka uśmiechnęła się do mnie niepewnie – są zbyt silne.
   …zbyt silne?… – mimo woli uśmiechnąłem się z przekąsem – …tylko efektów jakoś brak… głowa nadal ją boli… a takie niby silne są…
– Asia… – pomyślałem, że może teraz, gdy Wiosna już się uspokoiła jednak powiem jej o nie zapiętym zamku.

 

 

strona 3388

 

 

– Łańcuszki? – spytała naiwnie brzmiącym teraz głosem – Uśmiechasz się… naprawdę bawi cię to, że zapomniałam?
   …ja się uśmiecham?… – zdziwiłem się – …sama się cieszy nie wiadomo z czego…
– Wcale się nie uśmiecham. – zaprzeczyłem cicho. Zaprzeczyłem zrezygnowanym głosem.
– Tak? – spojrzała na mnie takim wzrokiem jakby dopiero teraz mnie spostrzegła.
– Nie sztachniesz się? – spytałem ciepło się do Wiosny uśmiechając.
– Co? – ze zdziwienia aż zmrużyła oczy.
– Berotec… – powiedziałem pokazując nieśmiało palcem, pokazując nieznacznie uniesioną ręką na trzymany przez Aśkę w dłoni Aerozol.
– A. – ze zrozumieniem skinęła głową – …no tak.
            Joanna odwróciła się i znów tak samo agresywnie uderzając obcasami w na szczęście wyłożoną dywanowym chodnikiem podłogę podeszła z powrotem do plecaka. Zatrzymała się i dopiero teraz zażyła jedną dawkę leku. Wprowadziła aerozol głębokim wdechem wciągając go w płuca. Przez chwilę stała w całkowitym bezruchu. Stała nawet nie oddychając.
            I znów, może celowo mnie tym drażniąc pochyliła się. Pochyliła się tak jak poprzednim razem nie uginając nóg w kolanach. Pochyliła się tym razem zdecydowanie mocniej. Pochyliła się tak, że spódniczka podciągnęła się jeszcze wyżej niż poprzednio, podciągnęła się odsłaniając nieco większą niż poprzednim razem część jej okrytych niestarannie, co tu dużo mówić, niedbale okrytych majtkami pośladków.
            Okrytych tak, że czułem ni to zdziwienie ni to niesmak, że patrząc na nie, na okrywające je białe, bawełniane majtki, niesymetrycznie, z jednej strony niemal całkiem ginące pomiędzy Aśki pośladkami raniłem swój zmysł smaku, zmysł i poczucie estetyki. Pochyliła się teraz tak, że nie zapięty przez nią zamek znów, ale jednak zdecydowanie teraz mocniej się rozchylił.
            I tym razem Joanna nie bacząc na to jaki widok mam przed oczami nachyliła się, wypięła w moją stronę swój ponętny tyłeczek i wrzuciła do wnętrza plecaka ten niewielki, biały pojemnik który przez chwilę trzymała w mocno zaciśniętej dłoni. Wrzuciła, i pochylając się jeszcze odrobinę mocniej wsunęła dłoń, tą samą, w której był przed chwilą Berotec do bocznej kieszeni plecaka. Trwało to zaledwie chwilę, ale przecież dokładnie to wszystko widziałem. Jakiś czas Wiosna szukała czegoś w środku i w końcu wyjęła z niej, wyjęła z bocznej kieszeni plecaka łańcuszki.

 

 

strona 3387

 

 

– …bo mi coś teraz gada! – niespodziewanie fuknęła.
– Przecież… – czułem potrzebę, że muszę coś powiedzieć, choć tak naprawdę to nie wiedziałem co.
   …bo niepotrzebnie tak się wścieka… – ze zrozumieniem pokiwałem głową.
– Nie odzywaj się do mnie! – głos Joanny przybrał rozkazujący ton – Skończyło się to… to pole.
   …jakie pole?… – nie miałem pojęcia o jakim polu Aśka cały czas tak uparcie mówi.
            Tak nagle jak się pochyliła tak też i nagle Joanna wyprostowała się. Odwróciła się i wciąż, niezmiennie kipiąc złością ruszyła do drzwi.
   …a aerozol?… – zaniepokoiłem się – …przecież nie zażyła leku…
            Zaniepokojony tempem jej kroków, zaniepokojony tym, że nie wiedziałem i nie miałem wpływu na to co teraz się dzieje, niepewny intencji Joanny, bojąc się, że tym razem to już niechybnie idzie do mnie, idzie żeby na mnie odreagować swoją złość wstałem i stojąc tuż przy bocznej krawędzi tapczanu wyczekująco wpatrywałem się w oczy szybko zbliżającej się do mnie dziewczyny.
– Trzymasz Berotec w plecaku, a nie w torebce? – nie mam pojęcia dlaczego zadałem to pytanie.
– Co? – niespodziewanie, tuż na wprost mnie zatrzymała się i spojrzała, jakby dopiero teraz go spostrzegając na trzymany w dłoni aerozol.
– Berotec. – powiedziałem ciepłym, łagodnym głosem.
   …coś jej chyba jest… – poważnie już zacząłem niepokoić się o Aśkę.
– Widzę… – odpowiedziała z wahaniem, odpowiedziała zastanawiając się nad czymś – Mam w torebce …mam też w plecaku.
            Zatrzymała się tuż przede mną i spojrzała teraz, spojrzała nagle, całkiem niespodziewanie, z raniącą mnie lodowatą niechęcią prosto w moje oczy. Uśmiechając się pogardliwie, lecz z pewnością nie do mnie dotknęła dłonią swoich piersi, dotknęła opuszkami swych długich palców okrywającego je sweterka.
   …z czego ona tak enigmatycznie się cieszy?… – bałem się, że z Aśką dzieje się teraz coś niedobrego – …czyżby ten tętniak się uaktywnił?…

 

 

strona 3386

 

 

            Patrząc uparcie, patrząc z rozpalającą mnie determinacją pomyślałem, że tylko ona, że jedynie pani Tosia może to zrobić …pani Tosia, bo przecież nie ja. Ja na dziś mam już tego wszystkiego dość.
   …w sumie, to… – patrząc uśmiechnąłem się bezwiednie – …może nie jest aż tak źle?…
            Patrząc, mimo rozpalonych zmysłów, mimo nie poskramianych w żaden sposób, sięgających już chyba powyżej zenitu żądzy widziałem, patrzyłem, uparcie wpatrywałem się w to jak rozpięta spódniczka wtedy gdy Wiosna pochyliła się podciągnęła się, jak jej dolna krawędź przesunęła się w górę odsłaniając na udach dziewczyny to miejsce, w którym była już ciemniejsza, górna, zwana też majteczkową część rajstop. Przesunęła się odsłaniając nagle też i te tak niespodziewanie wysunięte spod spódniczki pośladki, jakiś ich, niezbyt duży fragment i okrywające je majtki. Majtki kryjące sobą znaczną część widocznych teraz pośladków Wiosny.
            Przed oczami miałem jej zwykłe, bawełniane, tandetne majtki.
   …gdyby nie te gacie… – mój uśmiech stał się wyrazistszy – …nie byłoby aż tak całkiem źle…
            Z coraz większym przejęciem wpatrywałem się, patrzyłem się jak na coś niezwykłego, jak na coś jedynego w swoim rodzaju w zaskakująco nierówno i wyjątkowo nieestetycznie ułożone, widoczne pod rajstopami i przyciśnięte nimi do ciała Wiosny te szpetne majtki.
– Aż mną całą trzepie… – Joanna wysyczała poprzez mocno zaciśnięte zęby.
   …trzepie nią… – głuchym echem odbiły mi się wewnątrz mej, zaaferowanej głowy te dwa słowa.
            Może nie chciała tego powiedzieć, może nie miała zamiaru wypowiedzieć tych słów na głos, może to był tylko jakiś jedynie strzępek jej myśli?
   …trzepie nią… – współczująco pokiwałem głową.
– Daj spokój, Asia… – jęknąłem cicho.
– Wypchaj się. – prychnęła pochylając się znów, może tym razem nieco mocniej i wyjmując z bocznej, niewielkiej kieszeni plecaka pojemnik z Berotec’kiem – Daj mi spokój.
   …dusi ją… – wpatrywałem się na trzymany w dłoni aerozol.

 

 

strona 3385

 

 

– Skończyło się pole na, te takie… – urwała i z niepokojącym, ze zdradzającym, że już coś, że może coś niedobrego się już z nią dzieje, z charczącym, mocno utrudnionym oddechem, oddechem wzbogaconym tym, niewróżącym nic dobrego poświstem schwyciła szeroko otwartymi ustami spory haust powietrza. Nagle, niespodziewanie impulsywnie odwróciła się tyłem do mnie dodając nie tak stanowczym już tonem – …skończyło się pole na te twoje, te…
   …pole?… – nie miałem pojęcia co Aśka ma na myśli – …jakie pole?…
            Patrzyłem pełnym niepokoju wzrokiem na plecy dziewczyny, która szła teraz w kierunku okna. Patrzyłem nie chcąc się już odzywać, nie mając pojęcia co mógłbym teraz jej powiedzieć.
            Joanna tuż przed oknem zatrzymała się. Patrząc na widoczny, będący za domem stary, zapuszczony sad uśmiechnęła się, a po chwili powoli, z wahaniem się pochyliła. Nie uginając nóg w kolanach, nie przykucając schyliła się nieco, schyliła się tylko na krótką chwilę niezbędną by wrzucić do plecaka trzymaną w ręce, przed chwilą wziętą ze stołu, niezapiętą kosmetyczkę.
   …do plecaka szła?… – z uwagą, czując się całkiem już bezpiecznie obserwowałem to co Aśka robi – …nie do mnie szła??… czyżby pomyliła kierunki?…
            Schyliła się nie zdając sobie sprawy, że ten nie zapięty, że zamek którego zapomniała zapiąć rozchylił się, że cały czas patrząc na nią, patrząc uparcie wbitym wzrokiem w to akurat miejsce na jej plecach dokładnie wszystko widziałem. Widziałem to wyjątkowo dobrze i wyjątkowo wyraźnie. Rozpalał mnie ten widok, sprawiał mi przyjemność mimo tego, że Joanna była na mnie wściekła, że ja czułem niesmak, że czułem się urażony takim jej zachowaniem. I może ta jej złość, ta wściekłość, furia z jaką na mnie przed chwilą nakrzyczała, mimo że mnie denerwowała, że nie była niczym przyjemnym to potęgowała też i tak silne już podniecenie?
   …zamek… – czując się cieleśnie zaintrygowany, choć całkiem już teraz bezsilny patrzyłem na skórzaną spódniczkę coraz bardziej wątpiąc w to, że mogę jej, że mogę Aśce coś na jej temat powiedzieć – …cała nadzieja w pani Tosi…

 

 

strona 3384

 

 

– Nie przestanę. – nie ulegało wątpliwości, żarty się skończyły – Cholera mnie bierze, wiesz?!
– Asia… – jęknąłem z niepokojem patrząc jak wstaje i zaczyna iść w moją stronę.
            Patrzyłem jak Aśka podchodzi do mnie nerwowo, nerwowo i zbyt impulsywnie. Podchodzi zbyt głośno stukając metalowymi obcasami butów w podłogę.
   …uszczypnie mnie?… – zaczynałem się już tego bać – …idzie by mi teraz przywalić?…
– Nic innego nie potrafisz tylko wymądrzać się? – Joanna mówiąc to zwolniła, niemal całkiem się zatrzymała. Zwolniła jakby nie wiedziała dokąd idzie, ale wciąż mówiła rozpalonym złością głosem – Ty naprawdę myślisz, że ja taka głupia jestem? …że sama to już nic nie wiem?
   …i po co mi to było? …niech sobie idzie …niech chodzi z tym rozpiętym zamkiem …a co mi tam… – wiedziałem, że już jest zbyt późno by zażegnać zbliżającą się właśnie awanturę – …po co gadałem? …po co było coś mówić?… i do tego tak głupio gadać o malowaniu się…
– Ale po co te nerwy? – wtrąciłem wykorzystując to, że Joanna łapczywie, ze zbyt dobrze słyszalnym poświstem schwyciła powietrze – Asia? …daj już spokój.
   …po co ona tak się wścieka?… – ten podrażniony oddech Wiosny niepokoił mnie.
– Nerwy? – zrobiła jaszcze dwa kroki, zawahała się może nie będąc pewna czy dobrze robi idąc w tą stronę i spytała nawet na mnie nie spoglądając – Gówno tam, a nie ‘daj spokój’! …wiesz?
– Dlaczego ty zawsze tak reagujesz, – nagle się oburzyłem – dlaczego jak ja ci coś powiem od razu wpadasz w szał?
– Bo nie cierpię tego! – prawie zachłystując się teraz własną złością wykrzyknęła i zatrzymała się tuż przy tapczaniku, zatrzymała się niemal opierając się o jego brzeg łydkami – Nigdy tego nie cierpiałam, nie cierpię i nie pozwolę sobie! A jak ci to nie pasuje, to… to sam wiesz, co.
– Asia… – jęknąłem zatrwożonym głosem.

 

 

strona 3383

 

 

– Asia… – z trudem wykrztusiłem nie mając pojęcia co mam powiedzieć.
– A chciałam. No, ale nie! …bo po co? – mówiła nie panując nad wzburzonymi nerwami – Starałam się. I na gówno się to zdało!
– I po co od razu się wściekasz? – spytałem bezmyślnie wpatrując się jak dziewczyna zamyka swój zasobnik z kosmetykami.
            Spytałem starając się zbagatelizować to wszystko co teraz, za moją przyczyną zaczynało się dziać. Spytałem starając się uspokoić Aśkę.
– Wściekam się? – Joanna niemal aż zapiała z oburzenia.
– Przecież nie wolno ci się denerwować! – wyrzuciłem z siebie stanowczym tonem.
– Naprawdę? No co ty nie powiesz? – prychnęła – Nie wolno mi?
– Nie wściekaj się! – powtórzyłem stanowczym tonem mając zamiar, choć jeszcze nie wiedziałem jak, wspomnieć o tym jej tętniaku – Bo…
– Tylko mi tu, przy pani Tosi, – Joanna nie pozwoliła mi dokończyć. Warknęła na mnie niepokojąco przyciszonym głosem – nie próbuj się na mnie wydzierać.
   …i co ja narobiłem?… – czułem, że to naprawdę nie są już żarty.
– Bo… – zająknąłem się bojąc, wiedząc, że obojętnie co bym teraz nie powiedział będzie to bez sensu – bo całkiem niepotrzebnie tak impulsywnie reagujesz…
– Impulsywnie… – powtórzyła tak, jakby w tym słowie kryło się całe zło. Powtórzyła, z niedowierzaniem pokręciła głową i odczekawszy niezbyt długą chwilę jakby sama do siebie, choć przecież niewątpliwie do mnie kierując te słowa powiedziała – Myślałam, ubiorę się! Sprawię mu przyjemność, zdawało mi się, że chyba to lubi… że kręci go to…
   …kręci mnie?… – bałem się, że Aśka zaczyna ze mnie kpić, że właśnie zaczęła się ze mnie naigrywać.
– I co? – Joanna z rezygnacja pokiwała głową – W dupie to masz jak ja wyglądam. Prawda? …bo przecież źle …kurczę, …bo nie tak jakbyś ty chciał ja się maluję!
– Asia, przestań… – jęknąłem czując jak krew odpływa z mej głowy, jak odpływa pozostawiając niczym niezapełnioną pustkę.

 

 

strona 3382

 

 

– Najpierw malowałaś rzęsy, a potem powieki. – powiedziałem wiedząc już, że właśnie teraz przekroczyłem tą cienką linię, tą granicę której nie powinienem był przekraczać, granicę za którą nie było już rozmowy a pełna nerwów i złośliwości wymiana uszczypliwych złośliwości.
            Wiedziałem, że rozwścieczyłem tak wręcz chorobliwie wyczuloną na uwagi Aśkę.
– A ty najlepiej wiesz jak to się robi. – powiedziała przepojonym pogardą głosem. Wolno, zbyt wolno bym mógł to zignorować ujęła drugą ręką szminkę a tą, którą chwilę wcześniej malowała swoje usta przekręciła jej nasadę sprawiając, że barwiący sztyft schował się wewnątrz plastikowej obudowy.
   …rzuci nią we mnie?… – z uwagą wpatrywałem się w ręce Wiosny – … zaraz  nią oberwę?…
– Nie no, ale… – zająknąłem się.
   …rzuci?… – śledziłem Aśki ruchy – …poleci to małe gówno w moją stronę?…
– Srale! – Joanna niemal krzyknęła i zdecydowanie nie panując już teraz nad nerwami impulsywnie nasunęła na trzymaną wciąż w ręce, na tą trzymaną w lewej już teraz dłoni szminkę zatyczkę i zbyt z pewnością energicznie wrzuciła ją do stojącej na stole, stojącej tuż obok lusterka kosmetyczki.
   …uff… – poczułem ulgę.
– Cholera mnie zaraz weźmie! – Aśka wyrzuciła z siebie składając już w nerwach lusterko i wrzucając je tak, jak chwilę wcześniej zbyt gwałtownym ruchem wrzuciła do stojącej przed nią na stoliku kosmetyczki szminkę – Ty naprawdę jesteś mistrzem!
   …już nie świnią?… – nieświadomie sarkastycznie się uśmiechnąłem – …a mistrzem teraz?…
– Mistrzem? – zdziwiony tym określeniem bąknąłem wpatrując się już, trwożnie wpatrując się teraz w plecy Joanny.
– Mistrzem, mistrzem… – warknęła – Nikt tak rewelacyjnie jak ty nie potrafi zharatać mi dobry humor.
   …nie powiem jej już nic więcej… – nie wiem który już dzisiaj raz postanowiłem.

 

 

strona 3381

 

 

            Nie raz już, jak w dobrej wierze próbowałem jej coś powiedzieć, jak nie mając przecież żadnych złych intencji mówiłem jej, niemal zawsze kończyło się to głupią, nikomu niepotrzebną awanturą. Nie ma najmniejszego sensu żebym mówił, żebym prowokował Aśkę. Skoro tak się wścieka, lepiej już niech sobie chodzi w rozpiętej spódniczce.
   …nie będę nic mówił… – postanowiłem – …będę udawał… że nic nie widzę… tak będzie najlepiej…
– Ale, co? – moje niezdecydowanie, te pozbawione sensu słówka, niedokończone zdania jak na złość zaintrygowały Wiosnę – Bo naprawdę teraz to już nic nie rozumiem.
– Tak tam tylko sobie coś pomyślałem. – niespodziewane zainteresowanie Wiosny wręcz mnie zmroziło.
– Pomyślałeś sobie, że?… – wyczekujący głos Joanny zabrzmiał tak, że nie wiedziałem czy dziewczyna kpi teraz ze mnie, czy to moje dukanie jak na złość jednak na tyle ją zaintrygowało, że nie da mi już teraz spokoju, że na przekór mi zaciekawiło ją to, co tak nieudolnie próbowałem powiedzieć – No mów, o czym pomyślałeś?
   …nie… nie… – postanowiłem – …nic nie powiem… nie ma co…
– Maciu?… – w Aśki głosie zabrzmiało coś złowieszczego – Dowiem się może w końcu co ty knujesz?
   …oho… – speszony opuściłem głowę – …robi się nieprzyjemnie…
– Bo najpierw maluje się powieki, a potem rzęsy. – w końcu wyrzuciłem z siebie niespodziewanie wpadając na pomysł by tak uniknąć tej właściwej odpowiedzi – Prawda?
   …pani Tosia na pewno jej powie… tak będzie lepiej i dla Aśki… i dla jej tętniaka… – pocieszyłem się – …ja nie muszę nic mówić… pani Tosia to zrobi… za mnie zrobi…
– Co? – Joanna spytała nie do końca chyba będąc w stanie zrozumieć to, co ja powiedziałem, może i nie mogąc uwierzyć, że coś takiego odważyłem się jej powiedzieć.
– Bo zrobiłaś to odwrotnie. – powiedziałem czując chyba jakąś niewielką ale jednak ulgę.
– Odwrotnie? – spytała chłodnym, zwiastującym zagrożenie głosem.

 

 

strona 3380

 

 

            Joanna nie zastanawiała się nad tym, co tak dziwnym i nienaturalnym głosem wykrztuszałem z siebie. Wykrztuszałem, bo przecież nie mówiłem.
   …wścieknie się… – myślałem nie mając pojęcia co mam zrobić – …i jeszcze jej ta jakaś tam żyłka w głowie pęknie…
– Eee… – nie byłem w stanie odważyć się i powiedzieć to, co tak bardzo mnie przecież intrygowało, co nie dawało mi spokoju.
   …nie cierpi jak zwracam jej uwagę… – udając lekceważenie wzruszyłem ramionami – …od razu wścieka się …może i całkiem niepotrzebnie …jak coś próbuję jej mówić… i po co?…
– Co, eee? – Joanna spytała malując wargi swoich ust tym razem nie na różowo a zabarwiając je na intensywnie czerwony kolor – Wykrztuś to może z siebie, bo widzę, że coś nie daje ci spokoju.
   …a może jednak powinienem jej powiedzieć?… – zawahałem się.
– Asia, bo… bo czy ty czasem nie powinnaś… – choć zacząłem już mówić, to zabrakło mi odwagi żeby dokończyć.
   …nie… nie… – umilkłem – …może pani Tosia jej powie jak będziemy wychodzić… może to zobaczy …na pewno zobaczy i jej powie… ja nie będę nic mówić… nie muszę… nie ma takiej potrzeby… pani Tosia na pewno jej powie…
– Co powinnam? – choć cały czas zdawała się z niezmiennym skupieniem malować usta to właśnie teraz spostrzegłem widząc niewielki fragment jej twarzy odbijający się w lusterku, że Joanna korzystając właśnie z tego lusterka uważnie mnie obserwuje, że wcale nie ignoruje mojej tu teraz obecności.
– No… – czułem, że zasychające gardło nie będzie za chwilę w stanie wydać żadnego już dźwięku.
– Maciek… – Wiosna może dlatego, że właśnie skończyła się malować, a może zaintrygował ją mój zmieniony głos zastygła w bezruchu – O co tak naprawdę ci chodzi?
– Bo …bo chyba powinnaś, – nie mam pojęcia co mnie podkusiło by to powiedzieć, a w zasadzie z dużym trudem wydusić z siebie – nie sądzisz, że… no pomyśl może …i zobacz sama, ale…
– …ale? – spytała gdy umilkłem.
   …nie… nie… – nie miałem odwagi, choć może wydaje się to wyjątkowo dziwne i naiwnie głupie powiedzieć Aśce o rozpiętym zamku – …na pewno zdenerwowałoby to ją… niepotrzebnie…