strona 2653

– A choćby i nawet, – choć chciałem wyjść, choć chciałem pójść do Wiosny to jednak cały czas uparcie stałem w drzwiach kuchni – to co w tym złego?
– Co? – matka cały czas wpatrywała się w ulicę – To, że całkiem cię już omamiła.
– Omamiła? – zdziwiłem się.
            Wpatrywała się w ulicą jakby tam naprawdę coś intrygującego się działo. Wpatrywała się stojąc nieruchomo i już myślałem, że nie odezwie się, że w ten sposób zakończyła rozmowę ze mną. Już chciałem się odwrócić i pójść do swojego pokoju, gdy mych uszu dobiegły jej słowa.
– Wczoraj szczuła Bartka, dzisiaj ciebie. – matki głos był pełen celowo manifestowanej pogardy – Ciekawe, kto będzie jutro?
– Mamo… – warknąłem urażony – O czym ty próbujesz mówić?
– Chcę cię przestrzec, – westchnęła – chcę żebyś zastanowił się nad tym…
– Mówisz, że Asia wie co może zyskać… – nie dałem dokończyć matce, dopiero teraz dotarło do mnie to, co chwilę wcześniej powiedziała – I co? Ja coś stracę? …co niby mogę stracić? …a co Asia może zyskać moim kosztem?
– No i co tak sterczysz w tych drzwiach? – zignorowała moje pytanie.
            Byłem już pewny, że to nie ulica tak bardzo zaprząta jej uwagę, byłem pewien, że szklana tafla okiennej szyby to jej lustro, że matka z uwagą wpatruje się w moje odbicie w oknie, że dzięki okiennej szybie może bez skrępowania mi się przyglądać.
– Nie stój jak taki wyrzut sumienia. – cicho powiedziała głosem pełnym drażniącej mnie ironii – …nie bój się, nie ucieknie ci.
– A czy ja się tego boję? – spytałem sarkastycznym tonem.
            Choć nie miałem ochoty na rozmowę z matką wszedłem jednak do kuchni i usiadłem na tym samym taborecie, na którym chwilę temu siedziałem.
– I nawet nie wolno mi nic powiedzieć. – matka dała upust swemu niezadowoleniu – No sama sobie się dziwię, że się na to godzę.
– I nic nie mów. – powiedziałem siląc się na spokojny, opanowany głos – Tak będzie najlepiej.
– A czy ja coś mówię? – zdziwiła się – Stoję jak ta kućma i milczę, bo nie wolno mi nic powiedzieć.
– Kućma? – uśmiechnąłem się rozbawiony tym określeniem – …to chyba coś nowego?
            Matka nie odpowiedziała. Stała, i nie miałem już wątpliwości, że nad czymś intensywnie cały czas myśli, że nad czymś uparcie się teraz zastanawia i dlatego ta nasza rozmowa zbytnio się nie klei. Stoi i zamyślona nie słucha uważnie tego co ja mówię. Nie słucha mnie, bo chce mi coś powiedzieć, coś co według niej jest ważne, coś co może mnie zdenerwować. Stoi i czeka na odpowiedni moment. Nie słucha i z pewnością to bardziej jest matki monolog niż rozmowa.

strona 2652

– …że niby, z Agaty? – spytałem nieśmiało.
– Z Agaty? – matka powtórzyła zamierając w bezruchu, nawet chyba przez moment i nie oddychając – …ja o Asi mówię.
            Nie miałem wątpliwości, że coś ją tak zaabsorbowało, że myśli nad czymś tak intensywnie, że aż gubi sens moich słów, że nie skupia swojej uwagi na tym co się teraz dzieje. Nie miałem wątpliwości, że to, co nie daje jej spokoju jest ściśle związane z Joanną.
– O Asi. – skinąłem ze zrozumieniem głową – …jasne, o Asi.
            Matka, bez wątpienia tak pochłonięta tym co teraz myślała nie zrozumiała co przed chwilą powiedziałem. Pewnie wcale tego, że nie życzę sobie by mówiła o Aśce i o Agacie nie usłyszała.
– Safanduła? – powtórzyłem patrząc na matkę pytającym wzrokiem – Asia?
– Mówiłam… – pokręciła znów z niedowierzaniem głową – że to roztrzepane dziewczynisko.
– Roztrzepane… – jęknąłem.
   …co ona już kombinuje?… – nie miałem pojęcia co to wszystko może znaczyć – …już coś knuje…
– Chcesz mi coś powiedzieć? – spytałem choć byłem pewien, że tak właśnie jest. Spytałem, choć coraz bardziej bałem się tego co za chwilę usłyszę.
– Sama już nie wiem, – matka zaczęła mówić bez wątpienia zawiedziona, bez wątpienia czując żal, czy może raczej rozczarowanie – czy to dziewczynisko jest naprawdę takie roztrzepane…
– Dziewczynisko!? – fuknąłem urażony.
– …czy to nie jednak wyrafinowanie. – odwróciła się znów twarzą w stronę okna i patrząc na z pewnością pustą ulicę mówiła zdając się mnie nie słyszeć, nie zwracając bez wątpienia uwagi na mnie i na to co ja mówiłem – Tak się czasem trochę boję, czy ona czasem nie celowo cię szczuje.
– Szczuje? – zdziwiłem się – …że niby jak, szczuje?
– Szczuje, po prostu cię szczuje. – westchnęła – Głupia przecież nie jest. Wie co robi. Wie co może zyskać i celowo szczuje.
   …głupia nie jest… – zabolało mnie to co matka powiedziała.
– Co szczuje? – nie miałem pojęcia jak mam rozumieć użyte przez matkę słowo – Co to ja …pies jestem? …żeby mnie szczuć?
– Sobą cię szczuje. – drwiąc ze mnie wzruszyła ramionami – Założy krótką kieckę i kręci ci się przed oczami.
– No i co z tego? – chciałem zbagatelizować to co matka powiedziała.
– Naiwny jesteś. – zabrzmiało to jak oskarżenie – Zbyt łatwo dajesz się na to łapać.
– Na krótka kieckę? – spytałem ironicznie.
– A nie? – nie potrafiła stłumić w sobie złośliwej satysfakcji – Nawet się nie obejrzysz jak okręci cię sobie wokół małego palca.

strona 2651

– Czy ty zawsze musisz robić mi na złość? – spytałem.
            I tym razem nie odezwała się.
– Myślałem, że lubisz Joannę, – nie miałem pojęcia jak powiedzieć matce to, co mnie tak teraz irytowało – ale ty oczywiście, ty musisz każdemu dopiec. Nie byłabyś sobą. I widzę, że na Agacie twoje złośliwości się nie skończyły, że nigdy się nie skończą.
– Oj Maciek, Maciek… – matka niespodziewanie znów się ożywiła. Nagle, z pełną dezaprobatą pokręciła głową.
– Co Maciek? – spytałem buńczucznie.
            Matka, jakby szykowała się coś ważnego powiedzieć raptownie schwyciła powietrze. Wciągnęła w płuca solidny jego haust ale wbrew temu czego się spodziewałem nie odezwała się.
   …milczy?… – zdziwiło mnie to.
            Pojęcia nie miałem co mam o tym myśleć.
– Co Maciek? – powtórzyłem tym razem nieco już stonowanym głosem – Co znów ci się nie podoba?
– Jak ty wyglądasz? – matka niespodziewanie odwróciła się i takim tonem zadała to pytanie jakby dopiero teraz mnie zauważyła.
– Co jak? – patrzyłem na nią zdziwiony, patrzyłem tak naprawdę nie rozumiejąc o co mnie pyta.
– Chodzisz taki wymemłany po domu… – bez wątpienia celowo starała się zmienić temat – Nie mogłeś założyć na siebie coś innego?
– Pranie muszę zrobić… – bąknąłem speszony.
– Pranie? – matka omal się nie roześmiała – Ty i pranie… A to coś nowego.
– Nie zagaduj. – odciąłem się – O czym innym chyba mówiliśmy.
            Popatrzyła na mnie tak jakby dopiero teraz spostrzegła, że wróciłem z piwnicy, jakby to, że stoję w drzwiach zaskoczyło ją, jakby nasza wcześniejsza rozmowa w ogóle się nie odbyła.
– No co? – spytałem zdumiony matki niezbyt normalnym zachowaniem.
            Nie odezwała się. Jedynie, z pogardliwą miną na ustach wzruszyła ramionami manifestując tak swoje lekceważenie tematu Aśki i Agaty, lekceważenie mnie.
– Eee… – jęknąłem i już miałem się odwrócić i zostawić matkę samą w kuchni.
            Nie odszedłem jednak. Zatrzymał mnie głos matki.
– Z niej to jednak jest safanduła. – to co matka teraz powiedziała, barwa jej głosu zdawało się świadczyć, że jest nieobecna tu duchem, że może się jej tylko nieopatrznie to wyrwało, że to jest tylko zbłądzony fragment matki przemyśleń.
– Safanduła? – powtórzyłem zaskoczony określeniem, które padło może i całkiem nieświadomie z ust mojej matki.
            Nie odezwała się. Znów milczała. Milczała nie pozostawiając wątpliwości, że intensywnie nad czymś się zastanawia.
   …co znaczy ‘safanduła’?… – niepokoiło mnie to coraz bardziej – …z kogo niby jest ta ‘safanduła’?…

strona 2650

– A czasem trzeba coś powiedzieć. Trzeba… – westchnęła – Nie zaszkodziłoby to nikomu. Zwłaszcza tobie, Maciej. Nie można tak w milczeniu tolerować wszystkiego co się dzieje. Trzeba powiedzieć czasem i jej …i tobie.
– Co powiedzieć? – nie miałem pojęciach co matka ma teraz na myśli.
– To co potrzeba, – tłumaczyła teraz jak małemu dziecku – to niestety, ale trzeba mówić.
– Co chcesz, to mówisz. – zdziwiły mnie matki słowa – Nie przesadzaj.
– Oj Maciej, Maciej. – jęknęła.
   …Maciej?… – zaniepokoiłem się – …szykuje się poważna rozmowa?…
– Zmieniłaś się… – powiedziałem cicho.
– Nie sądzę. – matka odpowiedziała nie okazując żadnych emocji.
– Zmieniłaś… – powtórzyłem i choć chciałem coś jeszcze powiedzieć, to jednak zamilkłem.
– Co masz na myśli? – matka spytała po chwili.
– Agatę goniłaś, nienawidziłaś jej. – starałem się panować nad swoimi emocjami – A teraz… zdajesz się być całkiem inna.
– Wydaje ci się… – powiedziała to tak obojętnym tonem głosu, że nie byłem pewien czy rzeczywiście wypowiedziała teraz te słowa, czy tylko mi się to zdawało.
– Aśce pozwalasz na wszystko… – dopiero teraz odważyłem się powiedzieć to na co chwile wcześniej nie potrafiłem się zdobyć.
– To źle? – nieznacznie zmieniona barwa głosu zdawała się świadczyć, że matka sarkastycznie się uśmiechnęła.
– Dlaczego tak ją traktujesz? – zadałem pytanie, które już od kilku dni mnie dręczyło.
– Wolałbyś, żeby była traktowana jak Agata? – zdziwiła się.
– Stoisz plecami, patrzysz się uparcie w to cholerne okno, – nie wytrzymałem jednak – tak się nie da rozmawiać!
– Tak cię to denerwuje? – spytała zaskoczona moim wybuchem.
– Denerwuje mnie, – wiele bym dał, żeby to poprzednie, pełne gniewu zdanie nie padło – że mówisz Asi coś całkiem niepotrzebnie.
– To może mam się wcale nie odzywać!? – niespodziewanie się uniosła – Może mam nawet nie wychodzić z pokoju!?
– Mówię tylko, żebyś nigdy nie mówiła, żebyś nawet nie wspominała o Agacie. Mówiłem wcześniej, żebyś nie peszyła jej niepotrzebnymi uwagami. Prosiłem, daj Asi spokój, nie wtrącaj się. Tylko to, nic więcej. – westchnąłem z rezygnacją – Nie dramatyzuj niepotrzebnie.
– Mówiłeś. – spokojnym, pozbawionym już emocji głosem przyznała mi rację.
– I co? – stałem w drzwiach nie mogąc się zdecydować czy mam wejść do kuchni, czy może pójść na górę. Do Joanny.
            Nie odezwała się. Zbyła mnie milczeniem. Drażniło mnie to, że matka nic teraz nie mówi, że stoi i nie widzę jej twarzy, że z jej twarzy nie mogę odczytać co knuje, co za chwilę się stanie.

strona 2649

            Rozpaliłem. Nie czekając aż ogień obejmie w dostatecznym stopniu węgiel zamknąłem drzwiczki pieca i wyszedłem z kotłowni. Będąc już na górze, gdy tylko otworzyłem drzwi poczułem charakterystyczny zapach piekącego się sernika. Sprawił mi przyjemność. Lubiłem gdy matka piekła ciasto i zawsze te zapachy cieszyły mnie. Zawsze wchłaniałem je z wyjątkową przyjemnością.
            Idąc już przedpokojem ale nie dochodząc jeszcze do kuchni spostrzegłem, że nie ma w niej Aśki, że matka sama już teraz, jak przyklejona do parapetu niezmiennie stała w oknie. Stała wpatrując się w ulicę na której, nie miałem co do tego najmniejszej wątpliwości, nic się nie działo.
– Asi nie ma? – spytałem zdziwionym głosem.
– Poszła na górę. – głos matki był pozbawiony energii. Powiedziała to tak, jakby właśnie wybudziła się z drzemki. Jakby może mój głos wyrwał ją z głębokiej zadumy.
– Poszła na górę? – spytałem zdziwionym głosem – A po co?
– Widać miała taką potrzebę. – ewidentnie mnie zbyła.
  …co tu się stało?… – zaniepokoiłem się.
– Coś Asi powiedziałaś? – spytałem wyczekująco patrząc na matki plecy.
– Nie. – odpowiedziała tym samym, znudzonym głosem.
– Akurat. – byłem pewien, że to przez matkę Asi nie ma w kuchni.
– Przecież zabroniłeś mi. – matka bez wątpienia nie miała ochoty rozmawiać ze mną.
– Zabroniłem ci. – powtórzyłem bezmyślnie.
– Ja sobie tak o, – odezwała się dopiero po chwili – tak bez powodu chyba nie wymyśliłam, że jej nie wolno nic mówić.
   …jej… – zabolało mnie, że matka w ten sposób określiła Joannę.
– Myślałby kto, – odburknąłem – że przywiązujesz do tego jakąkolwiek wagę.
– Mówię, – matka niemal niezauważalnie uniosła głos – że nic jej nie mówiłam.
– Jej? – spytałem przesadnie akcentując to słowo.
– No nie mówiłam… – westchnęła znudzona – co się tak siepiesz?
– Mówisz, że nie mówiłaś. – uśmiechnąłem się drwiąco – Zdumiewające.
            Nie odezwała się. Zignorowała mnie. Mówi, że nie mówi nic Aśce, że nie mówi o Agacie… a przecież mówi.
   …jakoś tyle razy mówiłem …żeby nie mówiła …choćby i przy Aśce o Agacie… – poczułem niepokój. Ten pozorny spokój matki zdawał się być złowieszczy – …ale ona ma to gdzieś …ale uparcie wciąż mówi choć dobrze wie, że nie życzę sobie tego…
            Czułem, że coś się tu stało, że wydarzyło się coś jak matka została z Aśką sama. To, że teraz nie było Aśki w kuchni nie dawało mi spokoju.
   …gadała jej o studiach? …gadała o Agacie?… – czułem, że ta niepewność, to, że dałem się wywieść w pole i pozwoliłem by matka została sama z Aśką coraz mocniej zaczyna targać moimi nerwami.

strona 2648

            Z wyjątkową niechęcią uniosłem się ze stołka i ociężałym krokiem ruszyłem w stronę drzwi, za którymi były schody prowadzące do piwnicy.
   …aż tak ją to boli?… – idąc już pomyślałem z żalem – …boli ją, że patrzę na Joannę?…

            Otworzyłem drzwi i szybko zamykając je za sobą, dobrze wiedząc jak impulsywnie matka czasem reaguje na to, gdy są otwarte, gdy czasem zdarzy mi się zapomnieć je od razu za sobą zamknąć zacząłem schodzić schodami w dół.
   …nie powinienem… nie mogę… – i znów zaczęło mnie to dręczyć – …nie wolno mi porównywać Aśki i Agaty…
            Agata była …przeminęła i nie jej wina, że nie może się teraz bronić bo tak się złożyło, tak się potoczyły nasze losy, że jej nie ma. Nie ma jej i tylko dlatego jest teraz Aśka. Dlatego jest, bo nie ma Agaty. Aśka jest, i tak do końca nie byłem tego pewien czy mogę tym się cieszyć, właśnie dzięki Agacie, dzięki temu, że Agaty już nie ma.
            Mijając wejście do garażu, wcale nawet nie patrząc na ściągnięte przez matkę graty, które skutecznie uniemożliwiały wstawienie tam samochodu poszedłem do kotłowni. Spieszyłem się by jak najprędzej wrócić do kuchni, by znów mieć przed oczami Joannę. Spieszyłem się bo nie miałem pojęcia co matka knuje. A knuje z pewnością i dlatego wygoniła mnie z kuchni.
   …przez te graty… – pomyślałem krzywiąc z niezadowolenia usta – …nawet węgla nie będzie jak wwieźć do kotłowni… no przecież nie przejadę przez garaż taczką…
            Piec dawno już wygasł. Może nawet nie był rozpalany na noc. Może już wczoraj, za dnia się w nim nie paliło.
   …nie mogę… nie wolno mi… – postanowiłem – …już nigdy więcej nie pomyślę o Agacie …że jest od kogoś …od Aśki gorsza …że może różni się, a może jest do Aśki podobna…
            Zaraz, zaraz! Agata do Aśki? To chyba Aśka może być podobna, to Aśka jest podobna do Agaty!
– Wody brakuje? – wiedząc, że nikt mnie teraz nie słyszy powiedziałem z przekąsem na głos, powiedziałem to spoglądając na zamontowany na piecu manometr – Bulgocze?
   …w głowie chyba… – uśmiechnąłem się ironicznie – …bo na pewno nie w piecu…
            Szybko oczyściłem palenisko. Szybko, spiesząc się by jak najszybciej wrócić do kuchni i znów patrzeć na Aśkę, by jak najszybciej dowiedzieć się co matka knuła zasypałem piec nieco mniejszą niż zwykle ilością węgla.
   …nie jest już tak zimno… te Aśki majtki, to chyba lekka przesada… – byłem pewien, że właśnie tak należało postąpić, że marnotrawstwem byłoby zasypać całe palenisko – …a i węgiel już się kończy…

strona 2647

– Co ci bulgocze? – wciąż z niedowierzaniem kiwałem głową – …jak w piecu się nie pali.
– To idź i rozpal. – niemal od razu odpowiedziała mi, jakby już z niecierpliwością czekała na to kiedy skończę mówić – Zimno zaczyna się robić.
– Zimno? – drwiąco się do niej uśmiechnąłem.
– I co się tak skirzysz? – mój uśmiech w końcu ją zdenerwował – …jakbyś nagle rozum postradał?
– Postradał… – drwiąc z matki powtórzyłem z udawanym namysłem.
– Ja tam nie czuję, żeby było zimno. – Joanna wtrąciła się może i nieświadomie mnie broniąc.
– Ty Asiu, wielu rzeczy nie czujesz. Niestety. – choć delikatnie, to bez wątpienia matka skarciła ją – Jest zimno i brakuje mi tylko tego, żeby pan profesor zaczął się skarżyć.
– Japa coś mówił? – prowokującym wzrokiem patrzyłem teraz na matkę.
            Joanna, widziałem to kątem oka nieznacznie się pochyliła. Nieco się przygarbiła może siłą dusząc w sobie nagły atak śmiechu.
– Pan Japa… – matka westchnęła z rezygnacją – żeby to już tak za grosz nie mieć do człowieka szacunku.
– Za grosz bym nie miał szacunku, – zacząłem kolejny już dziś słowny pojedynek z matką – jakbym powiedział …pan dziobaty, na przykład.
– Idź już może rozpal w tym piecu. – matka odpowiedziała mi znudzonym głosem – Czy naprawdę zawsze ja muszę to robić?
– Robisz to tak świetnie, – odszczeknąłem się z pewnością zbyt arogancko – że nie śmiem ci w tym przeszkadzać.
– Idź Maciek. – Joanna powiedziała może wykorzystując to, że matka się nie odezwała, nie odezwała się i mogło to oznaczać, że poczuła się urażona – Ja na zimno to tak nie jestem jakoś może bardzo wrażliwa, ale właśnie uświadomiłam sobie, że jest mi trochę zimno.
– Uświadomiłam sobie… – powtórzyłem z przekąsem.
   …czyżby naprawdę nie było tu ciepło?… – zaniepokoiłem się przypominając sobie grube majtki Joanny – …czy Aśka u mnie w domu marznie?…
            Zdziwiony spojrzałem na Wiosnę, spojrzałem na ten tak teraz wyjątkowo intrygujący mnie zamek. Spojrzałem na tą białą, niemal tylko kropeczkę, która tak natrętnie wabiła i przykuwała mój wzrok, na kropeczkę widoczną pomiędzy krawędzią wystającego tu tak już ciekawie sweterka a suwakiem zamka.
– Idź, idź… – matka ponagliła mnie – no idź już.
– Idę, idę. – rozbawiony tym co usłyszałem odpowiedziałem parodiując matkę, odpowiedziałem tak widząc jak bardzo zależało jej na tym by się mnie pozbyć, by wygonić mnie z kuchni i zostać tu sama z Aśką – No idę już, idę przecież.

strona 2646

            Czyżby jednak wobec tego Aśka była lepsza od Agaty?
   …dupskiem… – i znów, całkiem tego nie kontrolując uśmiechnąłem się z zadowoleniem – …nigdy wcześniej nie nazywałem tak tej części ciała… nigdy wcześniej słowo ’dupsko’ nie sprawiało mi takiej przyjemności …aż takiej przyjemności…
           
Pamiętałem jak kładłem rękę na tyłku Agaty. Nie na dupsku, a właśnie na tyłku. Na tyłeczku. Pamiętam jak Agata nagle się wtedy prężyła, jak nagle ten całkiem czasem niespodziewany skurcz paraliżował jej ciało.
  …Aśka nigdy tak nie zareagowała na mój dotyk… – uparcie prowadziłem tą bezsensowną klasyfikację – …tu bez wątpienia jest gorsza od Agaty…
   ‘Czego tam szukasz?’, Agata pytała i czasem całowała mnie wtedy w usta.
            Całowała prężąc swoje ciało i drżąc intrygująco. Aśka nigdy tak nie drżała, nigdy się nie prężyła.
   …kiedy miała to robić? …kiedy miałem przekonać się czy drży, czy nie drży?… – zastanowiło mnie to całkiem niespodziewanie – …ile ja razy położyłem dłoń na jej pośladku by wyciągać takie wnioski?…
            Może wcale tak nie jest? Może z tym drżeniem wcale nie jest tak źle? Może błędnie ją oceniłem?
   …Aśka z pewnością potrafi dostarczyć wielu takich przyjemności, których nie była w stanie zapewnić mi Agata… – dopisałem w myślach kolejny plusik na koncie Joanny.
            Po dotknięciu Agaty pośladek nagle twardniał, nagle nieco się unosił a ona zaczynała cała drżeć. Delikatnie, subtelnie i tak wyjątkowo budząc wtedy moje żądze.
   …muszę dotknąć pośladka Joanny… – postanowiłem – …muszę sprawdzić czy też tak zareaguje na mój dotyk…
– Maciek, – głos matki niespodziewanie zaburzył tok moich rozmyślań.
– No? – z niepokojem popatrzyłem na swoją matkę.
            Jej spojrzenie, jej zniesmaczony wzrok zmroził mnie.
   …aha… – przestraszyłem się – …zaraz się zacznie – …zaraz… przy Aśce… zacznie mnie karcić jak jakiegoś małego gnojka… zaraz wygarnie mi, że tak zachłannie gapiłem się na Aśkę…
– Poszedłbyś zobaczyć do pieca. – mówiła bez wątpienia cały czas uważnie mi się przyglądając.
– Niby po co? – zdziwiłem się.
   …tak ją to boli, że patrzę na Aśkę?… – pomyślałem mając matce za złe, że cały czas tu jest, że cały czas nas, Joannę i mnie tak uparcie obserwuje – …tak ją to boli, że wygania mnie teraz do piwnicy? …za karę? …czy może żebym w zimnie ochłonął?…
– Coś bulgocze czasem w kaloryferach. – matka uparcie starała się dopiąć swego i pozbyć się mnie z kuchni – Chyba wody trzeba dolać.
   …bulgocze… – z drwiącym uśmiechem na ustach pokiwałem głową.

strona 2645

– Nie założyłaś łańcuszków? – spytałem zdziwionym głosem – …tych swoich, srebrnych?
– No jak? – głos Joanny podobnie do mojego wyrażał zdziwienie – Co się miałam stroić niepotrzebnie do kuchni?
            Spojrzałem na matkę. Czułem, bałem się, że powie teraz coś niezbyt miłego, że swoim zwyczajem skomentuje to co powiedziała Aśka, co na pewno jej się nie spodobało. Matka jednak nie odezwała się. Stała jak posąg cały czas wsparta o okienny parapet i w milczeniu przyglądała się temu co działo się w kuchni.
            Nie wiem czy mi się to tylko wydawało, czy może jednak teraz, teraz gdy Joanna była pochylona tak mocno ten czarny, ten celowo podobny do Agaty sweterka Aśki sweterek nieco się przesunął, nieco się wysunął spod spódniczki.
            Joanna wyjęła mikser i nic nie robiąc sobie z tego, że jestem tuż za nią i patrzę, że moja matka patrzy i wszystko to widzi wyprostowała się nie poprawiając i tym razem swojej, ‘tej przecież Agaty’ spódniczki, nie przejmując się tym, może i nawet nie wiedząc jaki widok przed chwilą serwowała zbyt głośno, może dlatego, że akurat zrobiła jednocześnie mały kroczek by znów stać przy samym kuchennym blacie, zamknęła drzwi szafki.
            Trzasnęły głośno jakby Joanna w taki sposób chciała okazać swoje niezadowolenie, jakby tak odreagowała to, że moja matka zainteresowała się tym co ona robi.
– Przepraszam. – powiedziała znudzonym głosem stawiając mikser obok makutry.
   …przepraszam?… – zdziwiło mnie to co usłyszałem.
            Zdziwiło może dlatego, że cały czas moja uwaga była skoncentrowana na zapięciu jej spódniczki i niezbyt uważnie wsłuchiwałem się w to co mówi matka, w to co Wiosna mówiła.
   …przepraszam… bo w tak prymitywny sposób Joanna wypięła swoje dupsko?… – zastanawiałem się jeszcze nad tym – …czy może przepraszam… bo trzasnęła drzwiczkami szafki?…
            Teraz, gdy dziewczyna się wyprostowała sweterek jednak nieco bardziej wyciągnięty spod spódniczki zawisł niewielkim, ale przecież od razu to spostrzegłem, widocznym wybrzuszeniem ponad jej spódniczką, ponad środkową częścią górnej krawędzi jej spódniczki.
   …wysunął się… – to spostrzeżenie sprawiło mi przyjemność.
            Wysunął się też i nieco większym fragmentem swej czarnej materii wystawał spomiędzy ząbków nie dopiętego zamka. Wysunął się ukazując niewielki skrawek tych siermiężnych, białych gaci. Widziałem to, widziałem to zbyt dobrze by może sądzić, że tylko wydaje mi się to, by sądzić, że to może jest złudzenie.
   …Agata nigdy tak nie kusiła… – pomyślałem – …nigdy tak nie grała na moich zmysłach swoim… dupskiem…

strona 2644

            Joanna mocno przez chwilę pochylona, nachylona na wyprostowanych, nieugiętych w kolanach nogach naprężonych tak, że pod rajstopami widać było fascynująco napięte mięśnie i łydek, i ud wyjęła z szafki mikser.
– Zamiast siedzieć i się cały czas bezmyślnie patrzeć pomógłbyś Asi. – tym razem matki słowa skierowane były do mnie a ja, słysząc je, wiedząc że przecież widzi jak się teraz zachowuję poczułem się tak jakby matka właśnie przyłapała mnie na gorącym uczynku – Pomyśl może tak trochę co robisz.
– A co mam robić? – odpowiedziałem zadziornie.
– Jasne. – fuknęła – najlepiej siedzieć i nie robić nic.
            Cofnąłem nieco swój tułów by znów siedzieć tak jak powinno było się siedzieć. By siedzieć w normalnej, nie pochylonej tak przesadnie do przodu pozycji. Matki słowa bez wątpienia zabolały mnie i sprawiły, że widok nachylonej, wypinającej pośladki w moją stronę dziewczyny nie cieszył mnie już tak bezgranicznie.
– A skąd mam wiedzieć po co ona tam sięga? – speszony spojrzałem na matkę.
– Asiu… – matka zignorowała mnie – gniazdko masz tuż obok zapalniczki. Pod tą szafką co wisi obok kuchenki.
– Pod szafką… – powtórzyłem bezmyślnie czując, że cały jestem czerwony na twarzy ze wstydu.
   …po co ona to mówi?… – nie miałem pojęcia dlaczego matka tak się zachowuje – …gada coś bez sensu… chyba widać… nawet ślepy by zauważył, gdzie jest gniazdko…
– Wiem. – Joanna na moment zamarła w bezruchu.
            Wystraszony matki głosem, mając nagle wątpliwości czy Aśka czasem nie robi tego celowo a ja całkiem niepotrzebnie się ośmieszam oderwałem wzrok od jej wypiętego w moją stronę tyłka. Jedynie, co i tak wymagało ode mnie poświęcenia, to zmusiłem się i przeniosłem wzrok odrobinę wyżej.
   …co się tu dzieje?… – nie miałem pojęcia co mam o tym myśleć.
            Oderwałem wzrok od Aśki wypiętych pośladków ale choć robiłem się ze wstydu coraz bardziej czerwony nie byłem w stanie tak nagle przenieść swego wzroku, przenieść go obojętnie gdzie po to tylko by przestać patrzeć na tą, tak bliską memu sercu skórzaną spódniczkę. Choć byłem pewien, że matka cały czas uważnie mnie obserwuje i widzi co się ze mną dzieje, że z pewnością widzi jak bezwstydnie gapię się na Aśki tyłek patrzyłem teraz uparcie na zapięcie spódniczki, na miejsce w którym tak bardzo podobny do sweterka który nosiła Agata czarny, puszysty golfik Aśki ginął pod skórzanym paskiem spódniczki.
   …nie założyła łańcuszków… – przypomniałem sobie, że noszony przez Agatę sweterek zdobił z przodu złoty ornament, że Aśki srebrne łańcuszki miały go imitować.