strona 3206

 

 

– Kaźmierczakowie właśnie co przyjechali… – westchnęła i z rezygnacją pokręciła głową – z trójką dzieci.
– Kaźmierczakowie. – przypomniałem sobie, że matka przecież wspominała mi o nich – …no tak.
– Ja całkiem o nich zapomniałam. – matka pokręciła głową bez wątpienia niezadowolona z tego powodu – Pan profesor na górze… a oni chcieli dwa pokoje. Profesora nie chciałam niepokoić, no bo i jak… a ona przecież już wtedy, gdy dzwoniła to mówiła, że chce mieć dwa, sąsiadujące ze sobą pokoje. Myślałam już nawet żeby może… żeby do twojego pokoju… te dzieciaki dać… na jedną noc.
   …do mojego pokoju?… – nie wierzyłem, że matka to powiedziała, że w ogóle o czymś takim pomyślała.
            Urwała. Wiedząc, że z pewnością mi się to nie spodobało pełnym niepokoju wzrokiem wpatrzyła się we mnie.
– Mojego pokoju nie wynajmuje się. – powiedziałem stanowczo to, co przecież postanowione było od dawna, od zawsze. Powiedziałem ozięble akcentując każdy wyraz z osobna.
– Zaraz wyjeżdżacie, więc pomyślałam… – bąknęła pod nosem.
– Mojego pokoju nie wynajmuje się. – powtórzyłem, choć tym razem nie tak już gniewnie – Nawet jakby mnie nie było i miesiąc czasu. Jak ty to sobie wyobrażasz? …tam są moje rzeczy, saksofon… płyty… nie, nie… ty chyba nie mówisz tego poważnie?!
– Ja wiedziałam, że nie spodobałoby ci się to. – matka pokiwała głową.
– Chyba cię to nie dziwi? – spytałem sarkastycznie.
– Wiem. – cicho westchnęła – …wiem, ale co ja miałam z nimi zrobić? …to przeprosiłam Kaźmierczakową i na razie dałam im ten mały pokoik, tu na dole. Ciasno tu, bo ciasno, no i jeden tylko mały tapczanik na trójkę dzieci, ale … ale jak profesor wyjedzie, może już jutro, to dzieciaki pójdą tam.
– Może wyjedzie? – zdziwiłem się – To znów nie wiadomo kiedy on wyjeżdża?
– Bo gdyby były zrobione pokoje na samej górze, na poddaszu, jak od dawna to mówię, – fuknęła. Wyrzuciła zdenerwowana akurat wtedy, gdy na piętrze trzasnęły znów drzwi od łazienki – …gdybyś się tam przeniósł, to… to tam by ci nikt nie chodził i nic ci nie ruszał.
   …gdybym się przeniósł?… – nie spodobało mi się to – …a tu …to co? …przeszkadzam może?…
– Całe życiem to był mój pokój. – stwierdziłem zaskoczony matki propozycją.
– Tam by ci nikt nie przeszkadzał. – uparcie forsowała swój pomysł – są drzwi, zaraz na schodach. Zamykałoby się je na klucz. Tam byś miał swoje …nie pokój już, a całe mieszkanie… a piętro byłoby dla gości.
– Czy oni nie potrafią w cywilizowany sposób zamykać drzwi? – gdy trzasnęły znów na górze drzwi odwróciłem się i z niepokojem, wpatrzyłem się w prowadzące na górę schody – …w tym Sosnowcu, to w namiotach mieszkają? …czy jak?
– Ty się ciesz, że profesor nie wyjechał. – niespodziewanie wróciła do tego co wydarzyło się tu wtedy, gdy ja w „Saxofonie” siedziałem z ‘rudzielcem’ i nieświadom co się dzieje w domu kurtuazyjnie sobie gaworzyłem popijając kawkę.
            Zatroskanym wzrokiem popatrzyłem na cały czas niemal całkiem nieruchomo siedzącą Joannę.
– Te paskudne stołki trzeba wywalić. Są do niczego. – matka, nagle wzburzona uniosła głos i powiedziała nie kryjąc swego niezadowolenia – …a kupić jakieś porządne krzesła.
   …krzesła kupić?… – zdziwiłem się.

 

 

strona 3205

 

 

            Chciałem spytać, co jej jest ale nie zdążyłem. Matka niezadowolona z siebie pokręciła głową, westchnęła i po chwili zaczęła mówić. Zaczęła kontynuować swoją relację.
– Zanim się spostrzegłam, osunęła się na podłogę – opowiadała z przejęciem – Upadła tu, na moich oczach, a ja stałam przerażona tym, co się dzieje.
– Stałaś? – zdziwionym wzrokiem popatrzyłem na matkę.
– Rozum mi odjęło. – wyrzuciła rozżalonym głosem. Wyrzuciła to tak, jakby chciała się przede mną usprawiedliwić – Naprawdę, nie wiedziałam co mam robić.
            Spojrzałem na Joannę, która nadal siedziała smutnymi i obojętnymi oczami bezmyślnie patrząc przed siebie.
– Leżała tu, na samym środku. – matka pokazała dłonią miejsce na podłodze, w którym leżała Wiosna. Zrobiła taką minę jakby właśnie miała się rozpłakać i usilnie starając się mówić obojętnym głosem już po chwili, choć jednak z wyczuwalnym trudem kontynuowała – Leżała tu …i tak paskudnie to wyglądało, że szkoda gadać…
– Paskudnie? – patrzyłem już znów na matkę – …czyli jak? …że mówisz, że paskudnie?
– Leżała… – matka machnęła ręką jakby odganiała dokuczliwą muchę – a pode mną nogi się ugięły. Tylko pan profesor wiedział co robić. Tak gwałtownie rzucił się żeby jej pomóc, że aż kawę sobie rozlał.
   …kawą sobie rozlał… – i znów miałem ochotę uśmiechnąć się – …no to jest wydarzenie…
– Japa tu był? – zapytałem nie mogą opanować trawiącej mnie niechęci.
            Zdziwionym wzrokiem, tracąc szybko ochotę do kpin patrzyłem cały czas na matkę.
– I całe szczęście, że był… – matka odsapnęła z ulgą – Chwycił ją…
   …chwycił… – czując to niedające zapomnieć o sobie rozdrażnienie spojrzałem na Asię, na jej białą bluzeczkę. Spojrzałem na cały chyba dzisiejszy dzień rozpięty górny guziczek, ten drugi od góry, bo będący najwyżej, ten przy samej już szyi Wiosny nigdy nie był zapięty. Spojrzałem i spostrzegając, że dziewczyna nie ma na sobie biustonosza pokręciłem z dezaprobatą głową – …chwycił! …świnia jedna…
– …chwycił ją i posadził ją tu. – matka nieznacznym ruchem głowy wskazała na stojący przy drzwiach stołek.
            Mimo woli spojrzałem na taboret, na którym chciałem, na którym właśnie miałem zamiar usiąść. Spojrzałem na taboret, na którym ostatnio tak często siadałem.
– …posadził Asię na ten do niczego nie nadający się stołek. – matka z niezrozumiałą dla mnie, rażąco silną niechęcią wypowiedziała to zdanie.
– Do niczego nienadający się? – zdziwionym wzrokiem już znów patrzyłem matce w oczy.
– No przecież w żaden sposób nie mógł jej usadzić. – pokręciła z dezaprobatą głową – …dopiero jak Asię oparł, tak jak jakąś kukłę o stół, to jakoś na tym stołku siedziała.
            Spojrzałem na wciąż zdającą się nie zwracać uwagi, na to co się tu działo dziewczynę.
            Na górze trzasnęły drzwi od łazienki. Ktoś z niej wyszedł i poszedł do pokoju znów zdecydowanie zbyt głośno zamykając drzwi. Z małego pokoiku na parterze wybiegły dzieci tym razem wcale nie zamykając za sobą drzwi i głośno popiskując i tupiąc na schodach pobiegły do pokoju na górze.
            Matka odruchowo spojrzała w kuchenne drzwi.
– Co za cholera?… – wysyczałem nie potrafiąc już dłużej panować nad targającymi mną nerwami – Co tu się dzieje? Jakieś przedszkole? …czy cyrk jakiś?

 

 

strona 3204

 

 

            Wiosna ubrana była tak samo. Wciąż ubrana była tak, jak ubrana była dzisiaj od samego rana. Ubrana w każdym szczególe dokładnie właśnie tak. Obute w Agaty kapcie nogi w znacznej części skryte były pod blatem stołu. Przed nią, na stole stała szklanka z nawet nie w połowie wypitą herbatą, byle jak rzucone pudełeczko z napisem „Tramal Retard 100”. Z napisem który sam, wręcz wbił mi się w mózg, pudełeczko z częściowo wysuniętym z niego blisterem, w którym od razu spostrzegłem brak kilku tabletek i pojemnik z „Berotec’kiem”. Z dozownika zdjęta była zatyczka i leżała pozostawiona tuż obok niego.
            Aśki całkowity bezruch i ten wzrok zawieszony w próżni tchnął grozą.
   …coś się stało… – targający mną niepokój wzmógł się.
– Sprawę… – matka powtórzyła boleściwie brzmiącym głosem – …a Asia nam tu zemdlała.
– Teraz? – spytałem bezmyślnie.
– No… będzie już tak, – matka zawahała się – ze dwie godziny temu.
– Tak jak kiedyś na uczelni …u tego całego Lisieckiego? – powiedziałem wpatrując się w Aśkę. Pojęcia nie mam czy to było pytanie, czy tylko, może przypominając to sobie głośno stwierdziłem.
            Choć patrzyłem cały teraz czas na Wiosnę, dziewczyna nie odpowiedziała mi jednak. Nie potwierdziła tego, co powiedziałem choćby nieznacznym skinieniem głowy.
            Zadudniło na schodach. Tym razem dwójka dzieci zbiegła nimi głośno piszcząc. Szybko przemknęły obok kuchni i pobiegły w stronę pokoiku. I tym razem zbyt gwałtownie zamykane drzwi głośno trzasnęły.
– Asia zemdlała? – poirytowany tym drażniącym mnie rwetesem, a zwłaszcza poirytowany tym nagle trawiącym mój mózg lękiem, może chcąc się upewnić, może chcąc rozwiać jakieś wątpliwości, może to za sprawą milczenia Aśki spytałem ze wzbierającym niepokojem uparcie wpatrując się w siedzącą przy stole, pobladłą na twarzy dziewczynę zdającą się nie zwracać uwagi na to, co teraz działo się wokół niej.
– Zeszła, jak ciebie już nie było jakaś taka, od razu to zauważyłam, wyjątkowo blada. Aż mnie to przeraziło. – matka zaczęła opowiadać – …z tym białym pojemnikiem w dłoni…
            Głową wskazała na leżący przed Joanną dozownik.
– Stanęła w drzwiach… – matka zrobiła tym razem mocno mnie niepokojącą pauzę – Nic nie mówiła, tylko sapała. Dyszała tak ciężko… i aż jej w płucach grało…
   …w płucach jej grało… – mimo woli, patrząc już na matkę, na szczęście niemal całkiem niezauważalnie się uśmiechnąłem.
            Matka urwała, bo jej głos zadrżał i zabrzmiał tak, jakby miała za chwilę się rozpłakać. Tak na mnie spojrzała, że przeraziłem się. Zrobiło mi się głupio, że jej słowa, choć tylko w myślach rozbawiły mnie, że nieomal stały się powodem do kpin. Matka po chwili westchnęła i pokręciła dramatycznym ruchem głową.
            Na górze trzasnęły drzwi. Słyszałem, że są to drzwi od drugiego z przeznaczonych dla gości pokojów. Trzasnęły drzwi od pokoju, który gdy wychodziłem z domu był jeszcze pusty. Ktoś wyszedł na górny korytarz i szurając głośno kapciami poszedł do łazienki.
   …ciągnie te giry jak paralityk… – pomyślałem zły na to co się tu, wokół mnie działo.
            Słyszałem jak chwilę później trzasnęły drzwi od łazienki.
   …co tu się dzieje?… – to wszystko, te drażniące mnie dźwięki sprawiały, że byłem coraz mocniej zdenerwowany.
– Nic nie powiedziała… chciała coś powiedzieć, ale… – zaczęła mówić, ale coś jej nadal to uniemożliwiało. Chrząknęła żałośnie. Matka z dezaprobatą pokręciła głową, odczekała krótką chwilę, cicho znów, jeszcze raz chrząknęła i już starała się w miarę spokojnie mówić dalej – …ale ja to już wiedziałam, że dzieje się z nią coś niedobrego.
– Nic nie powiedziała? – spojrzałem na Joannę, która niezmiennie siedziała nieruchomo. Siedziała patrząc obojętnym wzrokiem przed siebie.

 

 

strona 3203

 

Rozdział 77.

 

 

 

            Wszedłem do domu przez garaż. Wszedłem tą samą drogą, którą wychodziłem na spotkanie z ‘rudzielcem’. Nie mam pojęcia dlaczego nie poszedłem schodami do drzwi wejściowych a właśnie tędy. Może to ten wciąż jeszcze niemal nie wyczuwalny niepokój to sprawił?
   …coś mnie zaczyna nosić… – aż się wzdrygnąłem gdy zamykane garażowe drzwi cicho skrzypnęły – …pewnie matka już się gdzieś na mnie zasadziła… pewnie już czeka…
            Już w piwnicy usłyszałem, też mnie niepokojące, dobiegające z domu głosy. Głosy zaskakujące mnie, nijak niepasujące do mojego domu. Idąc piwnicznymi schodami, im bliżej byłem drzwi prowadzących na parter domu słyszałem coraz to wyraźniej hałas wielu osób, w tym, a może jednak głównie dzieci.
   …ki diabeł?… – pomyślałem chwytając ręką za klamkę i trwożnie otwierając drzwi – …czyżby matka aż tak rozwaliła telewizor?…
            Na moment zatrzymałem się zdziwiony, bo głośno piszcząc, tuż przede mną przebiegło kilkuletnie dziecko.
   …nowi goście?… – popatrzyłem za biegnącą w stronę pokoiku niedużą dziewczynką – …taka mała, a tyle hałasu robi…
            Popatrzyłem uśmiechając się nieufnie, z zaskoczenia mimo woli, przekornie się uśmiechając i poszedłem do kuchni.
   …ciekawe… – pomyślałem całkiem niespodziewanie – …czy jak Aśka była mała też tak przeraźliwie piszczała?…
– Jakby cię tak po śmierć posłać, – matka, gdy tylko mnie ujrzała chwyciła leżącą na blacie szafek szmatę i odwracając się tyłem do mnie zaczęła nerwowo wycierać wcale tego niewymagające blaty – to by człowiek jeszcze długo pożył.
   …wiedziałem… – wykrzywiłem żałośnie usta.
            Rozbudzony jeszcze w Polonezie Kurzawy niepokój wezbrał na sile. W matki głosie było coś zdradliwie niepokojącego.
   …coś się stało?… – niezadowolenie matki, choć była to typowa, może nieco bardziej tym razem emocjonalna, może przesadniej niż zwykle okazywana reakcja mocno rezonowało na moich nerwach.
– Sprawę miałem do załatwienia chyba, nie? – wyrzuciłem poirytowany matki zachowaniem.
– Tylko mi tu nie warcz. – skarciła mnie.
   …nie warcz?… – zdziwionym wzrokiem spojrzałem na Joannę i dopiero teraz, uważniej przyglądając się siedzącej przy stole dziewczynie zamarłem na moment w bezruchu.
   …coś się stało… – choć Asia siedziała nieruchomo, siedziała nic nie mówiąc a z jej twarzy niewiele można było wyczytać nie miałem już co do tego wątpliwości.
            Trzasnęły impulsywnie zamykane drzwi w małym pokoiku. Ktoś z niego wybiegł. Kroki, a w zasadzie drobne kroczki zbliżały się, było je słychać coraz bliżej kuchni a po chwili dobiegł mych uszu tupot dziecka wbiegającego schodami na piętro i głośno tłukącego nogami o kolejne ich stopnie.
   …co tu się dzieje?… – kolejny już raz zadałem sobie to pytanie. Poruszyłem się nerwowo. Już nawet chciałem obejrzeć się za siebie i spojrzeć tam skąd dobiegał ten hałas, te rzadko słyszane w tym domu odgłosy ale widok Aśki zbyt mocno przykuwał mój wzrok.

 

 

strona 3202

 

 

– Ty, Młodzian… – spojrzał na mnie i obojętnym już głosem spytał uważając, że nasza rozmowa dobiegła końca – Ty to teraz, do ‘rudzielca’ się pewnie spieszysz, co?
            Nie miałem wątpliwości, że chciał się mnie pozbyć.
– Najpierw muszę coś wziąć z domu. Z garażu. – skłamałem – A dopiero później będzie ‘bara-bara’.
– Hehe! – zakrzyknął i aż uniósł się na swoim fotelu podekscytowany – No i teraz, to ja ci zazdroszczę!
– Naturalna kolej rzeczy. – odpowiedziałem mu z wyższością.
– Taaa… – westchnął nostalgicznie.
– …i tak trochę mi się spieszy. – zagadnąłem nieśmiało.
– Chcesz pewnie, żebym cię podrzucił? – ton głosu Papy Smerfa był jednoznaczny. Kurzawie niezbyt chciało się ze mną jechać.
   …i lipa… – z rezygnacją cichutko westchnąłem – …trzeba będzie zapierniczać… albo na autobus iść…
– Czasu trochę mało mam… – jednak, tknięty nagłym, całkiem niespodziewanym przeczuciem zamruczałem pod nosem – a trochę głupio byłoby się spóźnić.
            Papa Smerf bez słowa odpalił silnik i wyjechał z kolejki.
   …no i super… – ucieszyłem się, że choć straciłem już nadzieję, to za chwilę będę w domu – …późno, bo późno… ale będę…
– Ty, Młodzian… – niespodziewanie, gdy już przejechaliśmy spory kawał drogi odezwał się – Wychodzi mi, że będziesz miał do cofnięcia siódemkę.
– Siódemkę? – aż mnie zatkało.
– No, a co? – Papa Smerf niczego niepokojącego na szczęście nie wysłyszał w moim głosie – Piątka na szaleństwa z dziunią, półtora patola za egzamin i pięć stówek na wpisowe. Jak nie liczył, siódemka.
   …jak on dobrze wie, ile za co trzeba zapłacić… – aż z niedowierzaniem pokręciłem głową – …pewnie z połowa gości, co na taksówce jeździ …to jego wkręty…
– Tylko… – zawahałem się. Czując, że Papa Smerf chce mnie jednak, chce choć tak przerysować nieśmiało powiedziałem – Kamila mówiła, że egzamin z topografii kosztuje tysiąc dwieście.
– Gówno tam wie. – odpowiedział mi pogardliwie krzywiąc usta – Podnieśli cenę. To już drugi egzamin za półtora patola.
– No tak… – westchnąłem z rezygnacją – …i w ten sposób mamy siódemkę…
– Hehehe… – zarechotał rozbawiony moim smętnym głosem – żeś mi Młodzian dzisiaj kieszeń troszku przetrzepał… no tego to ja się nie spodziewałem… a ty mi tu jeszcze płaczesz!
– Stań tu, na rogu. – powiedziałem, gdy już niemal byliśmy pod moim domem, i już było widać w dali moją ulicę – …tak, żeby matka nie widziała.
   …będzie mi zaraz marudzić… – czułem z wolna wzbierający we mnie niepokój – …że z Kurzawą się ciągam… że zamiast od razu wracać do domu… to nie wiadomo co robiłem…
– Nie lubi mnie kobitka. – Papa Smerf się ucieszył – Co?
            Zatrzymał się tam, gdzie chciałem.
– Ty tak nie przeżywaj tej siódemki. – powiedział zanim wysiadłem – Będziesz trzymał ze mną, to ci powiem co jest co, i nawet się nie obejrzysz a wyrównasz to sobie.
  …dlaczego on to robi?… – dopiero teraz zastanowiło to mnie – …dlaczego to mnie sobie upatrzył? …i będzie mnie prowadzić za rączkę? …ustawiać?… czyżby to dlatego, że mam… niby mam… jak mu nagadałem …lepsze dojście do Kamili niż on?…
   …a może Kurzawa każdemu, kogo wkręcił na taksówkę to samo mówił? …może tylko mówi… obiecuje… i nic więcej?…

– Pojadę swoją furą. – powiedziałem wysiadając z Poloneza, powiedziałem  obietnicą Papy Smerfa zbytnio nie zaprzątając już sobie głowy – Nie czekaj tu na mnie.
– Hehehe… – roześmiał się rozbawiony tym, co usłyszał.
   …bo i myślałby kto… – emocje nagle opadły, mój entuzjazm się ostudził a wiara w pomoc Papy Smerfa zdawała się być obiecanką bez pokrycia – …że stary Kurzawa akurat mną się tak przejął…
– Muszę coś wziąć z garażu. – powiedziałem choć byłem pewien, że mnie już nie słucha – a nie chcę żeby matka to widziała. Dzięki za wszystko. Za to, że mi pomogłeś…
– Hehehe… – Papa Smerf znów się roześmiał, choć już nie tak głośno i radośnie, a tak tym razem cicho jakby to tylko było jedynie echo jego wcześniejszych śmiechów.
            Papa Smerf śmiejąc się jeszcze bez słowa podał mi na pożegnanie rękę i gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi spiesznie odjechał.

 

 

strona 3201

 

 

 

– Ty! – poczuł się urażony – To ja do ciebie teraz gadam jak …jak do swego łepka nawet nie próbuje gadać, a ty co?
– Wiesz… – zrobiło mi się głupio – Bo mnie chyba nie stać na takie coś…
– Chyba teraz gramy do jednej bramki, nie? – z dezaprobatą pokręcił głową.
– Ale nie ma nic za darmo. – wiedziałem, że Kurzawa jest wyjątkowo łasy na pieniądze.
– A, nie ma… – tym razem w zadumie, niespodziewanie zamyślony pokiwał głową i po chwili oświadczył wspaniałomyślnie – Jak będziesz cofał, to rzucisz mi basa i będziemy kwita. Mów, ile by ci pasowało?
– Piątkę bym chciał. – postanowiłem iść za ciosem.
– Fiuuu… – aż z niedowierzaniem gwizdnął – no to Młodzian, zaszalałeś teraz ostro.
   …przegiąłem… – poczułem dreszcz niepokoju – …mogłem powiedzieć żeby mi trójkę dał…
– Tyle by mi stykło. – dodałem tracąc nadzieję, że coś z tego wyjdzie.
– Piątkę mówisz? – spytał, choć z pewnością nie oczekiwał ode mnie odpowiedzi.
– Nie masz tyle. – skinąłem ze zrozumieniem głową.
– Nie mam… Hehehe… – Papa Smerf roześmiał się z wyższością – …za kogo ty mnie masz!? …Młodzian?
– Trochę grubo, – bąknąłem cicho – żeby nosić tak bez celu przy sobie.
– Dla kogo grubo, dla tego grubo… – pyszałkowato uniósł głowę – …dla mnie, może akurat?
            Nie odezwałem się. Czułem, wręcz już miałem teraz coraz bardziej umacniającą się pewność, że Papa Smerf, całkiem niespodziewanie mnie poratuje.
– Dobra, niech ci idzie na zdrowie. – nagle, zdecydowanym ruchem ręki Papa Smerf sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Trzymając w dłoni przewiązany gumką zwitek banknotów, zanim mi go dał zaznaczył rzeczowym tonem – Cofniesz, jak na dryndzie trochę grosza napukasz, ale jak ja będę coś nakręcał to mi to obstukasz u ‘rudzielca’. Nie ma to, tamto. Paniatno?
   …co???… – nie mogłem w pierwszej chwili uwierzyć w to, co teraz usłyszałem – …będę mieć to siano!…
– Nie ma sprawy. – szybko zapanowałem nad emocjami i zapewniłem go uradowany tym, że choć wcale się tego nie spodziewałem tak bardzo mi teraz pomógł – Paniatno.
– Pamiętaj… – zaczął instruować mnie ze znawstwem – Na dryndzie monetę trzeba zawsze mieć. Różna sytuacje są. Papiera czasem korzystnie idzie wciągnąć, bo jakiś bojek nagle zagania, albo jakaś trafiejka się nadarza, i co? …oblizać się tylko, bo siana nie ma?
   …Papa Smerf, jak to Papa Smerf… nie byłby sobą… – mimo woli kpiąco się uśmiechnąłem – …gdyby nie kręcił na wszystkich frontach…
– No, tak… – bąknąłem pod nosem – nie pomyślałem…
– Ty to cienias jeszcze jesteś. – stwierdził – Świerzak jesteś, ale to nic. Nie cykaj, ja cię z czasem wyszkolę tak, że ty drugi ‘Papa Smerf’ będziesz.
– No, jasne… – poczułem się urażony – …cienias.
– Hehehe… – zarechotał rozbawiony moją odpowiedzią.
   …śmieszne ale jak za ‘kieliszka’ trzeba było przyciąć… to tak ze mnie nie rechotał… – i znów, kolejny już dzisiaj raz Kurzawa sprawił, że zrobiło mi się głupio.

 

 

strona 3200

 

 

– Nagrałeś nam wejście… – powiedział z wahaniem.
– Nagrałem. – przytaknąłem krzywiąc pogardliwie usta – I co?
– …nagrałeś nam wejście… – Papa Smerf powtórzył wciąż tym irytującym mnie, niezdecydowanym głosem. Głośno powtórzył niewątpliwie nad czymś się zastanawiając – …nagrałeś Młodzian, co?
– No przecież mówiłem, – fuknąłem nerwowo – nie?
– No widzisz, nagrałeś… – umilkł, chwilę nic nie mówił, i gdy już to jego milczenie zaczynało mnie niepokoić dopowiedział, wyrzucił z siebie to, nad czym się teraz tak długo zastanawiał – I to się liczy, wiesz?
   …liczy… liczy… – z pogardliwą miną wzruszyłem ramionami – …w dupę se mogę wsadzić to liczenie…
– …a skoro tak, – Kurzawa po krótkiej przerwie kontynuował – to ja myślę… wiesz Młodzian, że mógłbym w zasadzie, może i cię wesprzeć…
   …mógłby mnie wesprzeć?… – zdziwiłem się.
– Wesprzeć? – cicho spytałem – …co masz na myśli?
– …może i ci mógłbym pomóc… – cały czas wahał się – …powiem może tak, dajmy na to …mógłbym założyć kaskę za ciebie…
            Nie odezwałem się. Pojęcia nie miałem co mam powiedzieć, co mam zrobić.
   … mam mu podziękować… – uśmiechnąłem się sarkastycznie – … przecież głupio by to wyglądało… jeszcze mi powie, że ciota jestem…
            Biernie czekałem na to, co będzie się teraz działo.
– Mógłbym… – Papa Smerf ewidentnie nad tym się teraz zastanawiał – Ty? Ale jak będzie jakiś temat, to ona jest nasza? …co?
– No jest. – przytaknąłem.
– Pewny jesteś tego? – nie przekonało to Papę Smerfa.
– Jakby nie była nasza, – zablefowałem – to nie byłoby za chwilę …’części nieoficjalnej’.
– …może i nie byłoby… – Papa Smerf zamruczał zadumany – …a może i byłaby… kto tam za babami trafi.
            Nie miałem wątpliwości, że cały czas się wahał.
– Ale jest. – patrząc teraz przed siebie, w szybę powiedziałem obojętnym głosem.
– Ale jest… – powtórzył niczym echo.
            Powtórzył i umilkł. Oboje przez chwilę milczeliśmy.
   …kurde… – ta cisza zaczynała mnie męczyć – …przecież spieszy mi się… przecież muszę iść do domu…
– Eee, Młodzian! – niespodziewanie z uznaniem ryknął. Ryknął tak głośno, że aż drgnąłem przestraszony – Ty to jednak wiesz, po co są jaja!
   …jaja… – uśmiechnąłem się sarkastycznie – …uwierzył w tą …’część nieoficjalną’…
– Sam mówiłeś, co trzeba zrobić, – celowo połechtałem jego ‘ego’ – jak sprawę przypieczętować.
   …pożyczy mi?… – ukradkiem spojrzałem na Papę Smerfa – …czy nie pożyczy?…
– Młodzian? – zawahał się.
– No? – zaniepokoiłem się, że Papa Smerf nagle się rozmyślił.
– Ile chcesz? …na te igraszki z dziunią? – wypalił niespodziewanie – Pyknę ci.
– Skórę ze mnie zdejmiesz. – uśmiechnąłem się pogardliwie. Byłem pewien, że bezlitośnie mnie za tą ‘przysługę’ skroi.

 

 

strona 3199

 

 

 

 

– I co? – Papa Smerf uważnie spojrzał na mnie – Nagrałeś nam, Młodzian wejście na przyszłość? …zrobiłeś tak, jak ci mówiłem? Czy tylko sobie nakręciłeś lodów?
– No. – zapewniłem go – Wszystko jest ekstra nagrane …i wejście też jest. Tylko…
– Tylko, co? – zaniepokoił się tak wyraziście, że aż się przestraszyłem, że będzie teraz krzyczeć na mnie.
– Okazało się… – nie wiedziałem jak mu to powiedzieć.
 …może wcale nie powinienem o tym mówić?… – zwątpiłem – …to chyba tylko mój problem?…
– Ale, no mów jak facet, – poruszył się nerwowo na swoim fotelu i nieco obrócił się w moją stronę chcąc mnie lepiej widzieć – a nie srasz się jak cipa. Co się niby okazało?
   …sram się… – z niesmakiem popatrzyłem na Papę Smerfa.
– Jutro muszę dać wpisowe do Zrzeszenia, – postanowiłem, że powiem mu o tym – i opłacić egzamin z topografii miasta muszę.
– I co? – Papa Smerf spytał nie widząc w tym, co powiedziałem nic niepokojącego.
   …i co?… i co?… – poruszyłem się nerwowo – …i jajco…
– Dzisiaj w nocy wyjeżdżam do Wrocławia. – wyjaśniłem mu co mnie tak niepokoi – Jutro mnie nie będzie …w Kołobrzegu.
– Z tą swoją dziunią lecisz? – obleśnie się uśmiechnął patrząc już obojętnym wzrokiem na tył stojącej przed nami taksówki – Hehehe…
   …z dziunią… – drgnąłem jakby mnie ukłuł czymś ostrym – …z Joanną… a nie z …’dziunią’…
– Mówiłem, że wyjeżdżam z …Joanną. Na święta. – z niezadowoleniem pokręciłem głową, ale jednak puściłem mimo uszu to zbyt obraźliwe, jak mi się wydawało określenie, którego użył znów Kurzawa – Mówiłem ci…
– Daj Młodzian siano. Ja jutro będę w Zrzeszeniu. – Papa Smerf szybko znalazł rozwiązanie – Mam tam temat, to przy okazji obstukam ci to też.
– Problem w tym… – zająknąłem się – że nie mam siana.
            Papa Smerf spojrzał na mnie nieco chyba tym zaskoczony.
    …eee… – zrobiło mi się głupio – …niepotrzebnie to wypaplałem…
– Uuu… – jęknął nie kryjąc zdziwienia – …i to jest problem.
– ‘Rudzielcowi’ rzuciłem wszystko, co miałem. – powiedziałem pojęcia nie mając dlaczego to robię, dlaczego jednak mu to mówię.
– I się wypsztrykałeś… – ze zrozumieniem pokiwał głową.
– Tak, jakoś… – pogardliwie wzruszyłem ramionami.
– I co teraz myślisz zrobić? – spytał z zainteresowaniem znów spoglądając na mnie.
   …a co mam robić?… – pytanie Papy Smerfa sprawiło mi przykrość – …pójdę i sprzedam butelki…
– Pojęcia nie mam… – cicho jęknąłem.
– Pojęcia nie masz… – powtórzył kiwając drwiąco głową.
            Nie odpowiedziałem. Nic nie mówiłem, bo i co miałbym teraz mu powiedzieć.
– Znam ten ból. – w głosie Kurzawy zabrzmiała nutka współczucia – Czasem bywa cienko.
   …cienko, jak cienko… – nieznacznie wzruszyłem ramionami – …trochę siana mam, ale potrzebuję na wyjazd… gdyby nie to… spokojnie dałbym radę…
– No… – jedynie smętnie pokiwałem głową.
– Ty… – Papa Smerf odezwał się po chwili.
– No? – z niepokojem wpatrzyłem się w niego.

 

 

strona 3198

 

 

– Eee! – ryknął z uznaniem – Co ja słyszę? …że, hehe… mówisz, że czasu nie masz? Hehehe!… a co? …szykuje się teraz część nieoficjalna? No …pochwal się Młodzian, nagrałeś sobie coś?
– Może i nagrałem… – odpowiedziałem wymijająco nie będąc pewien, co Papa Smerf ma na myśli.
– …i pukanie będzie? – dopytał zaintrygowany.
– W pewnym sensie… – prawdę powiedziawszy to nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć.
   …pukanie… – nieco mnie tym pytaniem speszył – …tylko to się dla niego liczy?…
– Nie cykaj, mi tam zawsze, Młodzian śmiało możesz powiedzieć, co jest co. Hehehe… – zarechotał radośnie – Wal śmiało, nagrałeś coś?
   …to dla niego najważniejsze… – uśmiechnąłem się z przekąsem – …stary jebaka…
– Można by tak powiedzieć. – nie chciałem rozwiewać jego domysłów, ale też i nie miałem zamiaru o tym mówić – Dżentelmeni o takich sprawach nie rozmawiają.
– Ty! – wykrzyknął spoglądając jeszcze, choć już był niedaleko Poloneza na jednego z siedzących na ławce kolegów – Słyszałeś, Broda?! Dżentelmeni! Hehehe!… słyszałeś, co?
– Hehehe… – mężczyzna nazwany przez Papę Smerfa ‘Brodą’ pochlebczo mu zawtórował.
   …no po prostu, świetnie… – poczułem żal do Papy Smerfa – …za chwilę pół Kołobrzegu będzie gadać jakieś bzdury na mój temat…
– Chodź, – Kurzawa spiesznym krokiem szedł, niemal już biegł do swojego samochodu i chwytając za klamkę znaczącym ruchem wskazał znajdujące się po drugiej stronie drzwi – siadaj tam Młodzian!
            Tak jak chciał wsiadłem. Usiadłem na znajdującym się obok niego fotelu. Papa Smerf szybko kręcąc korbką zamknął okno.
– Radary już nastawili, Hehehe, – znów radośnie zarechotał – a nie mogą nic wiedzieć. Pamiętaj o tym, Młodzian! To nasze sprawy i nikomu o tym ani mru, mru. Rozumisz to… chyba mówiłem ci, nie?
            Spojrzał na górną krawędź szyby sprawdzając jeszcze czy na pewno jest dobrze zamknięta.
– Poznałeś ją? …była już w „Saxofonie”? …jak przyszedłeś? – spytał przyciszonym konfidencyjnie głosem – Wiedziałeś, która to?
– Tak ją opisałeś, – uśmiechnąłem się mimo woli – że musiałbym być ślepy, żeby nie wiedzieć.
            Nie wspomniałem mu, że poza nami w pubie było wtedy tylko kilka osób, a rudowłosa dziewczyna, a w zasadzie to, trzydziesto-paro letnia już przecież kobieta była tylko jedna. Siedziała w drugiej salce i cały czas, od momentu gdy tam wszedłem tak na mnie patrzyła, że nie trudno było się domyślić, że to właśnie z nią mam się spotkać.
            Na całe szczęście Kamila siedziała w drugiej salce, bo gdyby tak usadowiła się w pierwszej, nie mówiąc już nawet, że mogła przecież usiąść też i przy barze, to spaliłbym się ze wstydu będąc cały czas na oczach Maryli. Pech chciał, że Marylka dzisiaj miała dyżur.
– Nie spóźniłeś się? – uważnie spojrzał na mnie.
– No skąd… – dla potwierdzenia swoich słów przecząco pokręciłem głową.

 

 

strona 3197

            Spotkanie w „Saxofonie” zbyt wiele mnie nie kosztowało, więc mogę mu nawet zapłacić za kurs. Odwiezie mnie, a ja mu w tym czasie opowiem jak było.
            Zawróciłem. Idąc teraz o wiele żwawszym krokiem już po chwili byłem z powrotem, przy ławeczce. Przy tej ławeczce, na której chwilę temu siedziałem z Kamilą. Spojrzałem na nią, na ławeczkę, mimo woli zadziornie się uśmiechnąłem i skręciłem w uliczkę, przy której był „Saxofon”. Spiesznym, impulsywnym krokiem przeszedłem obok, minąłem wejście do tego pubu, który zaczynał pełnić ważną rolę w moim życiu.
   …„Saxofon”… –  w brzmieniu tego słowa, nawet teraz, nawet nie wypowiedzianego było coś co mnie fascynowało.
            Jedynie spojrzałem na prowadzące w dół, prowadzące do środka tego pubu schody i przyspieszyłem kroku. Już po chwili szedłem chodnikiem okalającym plac ze stojącą na jego środku Katedrą. Szedłem teraz tak, jak szedłem tu, bez wątpienia o wiele później, w minioną niedzielę z Aśką. Szedłem wracając z nią z „Saxofonu”.
   …ale ją wtedy ścięło… – wspomnienie tego, co wydarzyło się tu kilka dni temu sprawiło, że się uśmiechnąłem.
            Nawet, jakbym miał nadzieję, że wypatrzę tam Wiosnę spojrzałem na okalający Katedrę chodnik, spojrzałem na miejsce, w którym wtedy, opierając się o ceglany mur tej okazałej budowli sikała.
            Poloneza Papy Smerfa wypatrzyłem już z daleka. Stał po środku kolejki kilku taksówek jako trzeci od słupka. Jego samochód stał, ale Kurzawy w nim nie było. Otwarte okno w drzwiach kierowcy upewniało mnie, że musi gdzieś tu być, że z pewnością jest niedaleko. Przeszedłem jeszcze kilka kroków i dostrzegłem go siedzącego na ławeczce.
   …jest… – poczułem ulgę.
            Papa Smerf siedział na stojącej przy postoju taksówek ławeczce i rozmawiał z dwoma innymi taksówkarzami.
– Eee, Młodzian! – wydarł się gdy tylko mnie spostrzegł. Aż uniósł się z ławki chcąc może podbiec do mnie gdybym dziwnym trafem, co raczej było niemożliwe, go nie usłyszał.
            Podszedłem, podałem rękę jemu i jego kolegom, a w niedalekiej już przyszłości zapewne też i moim kolegom.
– I co? – Papa Smerf spytał nagle rozemocjonowany.
– W porządku. – uśmiechnąłem się z zadowoleniem.
– Była? – zamarł w bezruchu wyczekująco wpatrując się we mnie.
– No. – potwierdziłem skinieniem głowy.
– I co? – dopytywał zaintrygowany – Obstukałeś sobie?
– Obstukałem. – dumnie się pochwaliłem – Żadnych problemów nie było.
– No widzisz. – wyprostował się i z zadowoleniem uśmiechnął się do mnie – I po co się niepotrzebnie srałeś?
– Srałem się? – zdziwiłem się.
– Ty! – ryknął wstając jednak z ławki – Chodź, idziemy do gabloty na gadulca.
            Ruszył w stronę swego samochodu.
– Chyba nigdzie się nie spieszysz, co? – nagle się tym zainteresował.
   …nie spieszę się?… – jego słowa nieco mnie zaniepokoiły – …dobrze by było gdybym był już w domu…
– W zasadzie, to tak trochę nie za bardzo mam czas… – zawahałem się nie wiedząc jak mam go podejść, żeby zawiózł mnie do domu.